26 sierpnia 2004

# 58

Dzisiaj odbyliśmy tour de office de tourisme, co by w końcu mieć z głowy temat Tunezji i tylko siedzieć już z założonymi rękami i czekać na dzień wylotu. Ale przecież nic, co wydaje się proste, nie jest takie w rzeczywistości.

Umówiłam się z Kriczr na Maja. Pierwszy błąd, bo jest w pizdu rozkopany. W jednej chwili byłam tuż tuż, po czym nagle znalazłam się na Sądowej kurwa! Mif czekał czterdzieści minut, cholerne korki, cholerne zmiany w ruchu, zakazy, nakazy, pieprzone miasto. Niech się skończy ten burdel.

Poszliśmy szybko zjeść coś do Piramidy. Nie jedzcie tortilli w tej na Św. Mikołaja. Już w drodze powrotnej czułam się źle, a potem już tylko gorzej, włącznie z tym, że w domu byłam bliska puszczenia mega pawia i po godzinie leżenia w łóżku i męczenia się, zasnęłam w końcu na cztery godziny (i oto jestem, godz. 22), a ten cenny czas miałam poświęcić swoim paznokciom, co by im nieszczęsnym i zaniedbanym zapodać francuski manikiur. I dupa zbita! Do tej pory odbija mi się tymi sosami, fu, także Piramidzie przy ulicy w/w mówimy zdecydowanie NIE i pokazujemy jej środkowy palec - bez manikiru.

W biurze na Kościuszki pani proponowała nam wyjazd 11 września. Trochę złowieszcza data. Na liczniku w cieniasie wybiło mi dzisiaj 666. W YoungTravel na Świdnickiej pani podała nam swój numer telefonu, który w środku miał co? Oczywiście 666.

O północy na cmentarku, satanek prihodi na nocku i to by było na tyle. A do Tunezji lecimy prawdopodobnie 10.09, wszystkich fanów z kwiatami jeszcze poinformuję co do godziny wylotu, najwyżej przyjedziemy te 15 minut wcześniej, porozdaję autografy. Acha, tylko róże albo frezje. Adieu.

Brak komentarzy: